Ostrzegam, że post nie będzie długi. Bo ile można pisać o czymś tak prozaicznym/bezsensownym/nieprzydatnym (niepotrzebne skreślić, bądź dopisać własne), jak przecieki maturalne.
Co roku, na jakieś dwa tygodnie przed egzaminami wybucha afera, że wyciekły do internetu arkusze maturalne. Ale żeby je dostać, to musisz zapłacić. I wiecie co? Uważam, że ktoś po prostu to wymyśla. Dlaczego? Otóż po pierwsze: gdyby to miałyby być faktyczne matury, to nikt nie pobierałby za nie opłat. Bo i po co? Lepiej zrobić aferę, potem "pay-per-view" i spokój. Bo porównanie z prawdziwą maturą dopiero za tydzień, dwa tygodnie, a do tego czasu zamknę sklepik i po sprawie. Po drugie: zakładam, że na parę tygodni przed maturą, arkusze są już wydrukowane, a ich elektroniczna wersja jest dobrze zabezpieczona i strzeżona.
Nawiasem mówiąc - dobry i prosty sposób na zarobek. Maturzyści, którym się uczyć nie chciało i liczą na szczęście (i przy okazji są łatwowierni) zapłacą. Żeby zdać. A potem: AKUKU! To były fałszywki!
Jednym słowem: dla mnie te wszystkie przecieki maturalne to jedna, wielka bujda. I tyle.
---------
Polecam zespół Lawson. Odkryłam ich niedawno, ale jest naprawdę NIEŹLE ;)
Jak wygląda praca w Obwodowej Komisji Wyborczej? Zapraszam po 25 maja.
A przed tym: recenzja książki i jak wygląda spotkanie rekrutacyjne na wolontariat!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz